-
Posts
11 -
Joined
-
Last visited
About lisiasta
- Birthday 10/22/1990
Converted
-
Location
Kraków/ Przemyśl
lisiasta's Achievements
Newbie (1/14)
10
Reputation
-
[quote name='Brezyl'] Możesz znieczulić je, aby omijały się, ale jak niechcąco podczas zabawy wpadłyby na siebie to i tak byłoby spięcie. I mozna to robić jesli dwie strony kontroluja własnego psa, jeżeli Twój cały czas odbierał sygnały grożące od asta, a ty zmuszłaś go aby podszedł bliżej i okazywał uległość, to poddał sie Tobie, ale kompletnie nie rozumiał całej sytuacji, tak z ludzkiego punktu widzenia, to musiał lekko w ciebie zwątpić. Takie numery to można robić z silnym psychicznie psem, pokazując mu, że to ty decydujesz, jak on ma się zachować, ze nie wolno mu odpowiadać na zaczepki obcego psa, dopóki nie dostanie sygnału zwalniającego. Z psem uległym,niepewnym siebie, mozna jedynie fobię pogłebić. Fajnie natomiast byłoby znależć psa podobnego, tj. asta w tym kolorze, aby pobawił się z Twoim, bo z reguły pies zaatakowany, np: przez dużego włochatego samca o czarnej maści, może negatywnie reagować na każdego dużego ciemnego psa i atakować ze strachu pierwszy. Albo może negatynie odbierać kazdego asta. A są takie psy, które nawet jak dostaną wpier... od jakiegoś psa to i tak nastepnego dnia lecą do niego w podskokach i chęci do zabawy. Każda sytuacja jest inna, każdy pies jest inny.[/QUOTE] Rozumiem. Czy w takim razie powinnam jakoś pokazać psu, że jednak może mi zaufać? Chodzi mi o ten moment, w którym mówisz, że pies poddał się, ale nie rozumiał sytuacji i mógł we mnie zwątpić. Janek widział się już z tym astem podszedł się przywitać, powąchał, zawołałam go i wrócił. Zero spięć. Tamten pies był na smyczy, a mój siedział później cały czas przy mnie, nie chciał się bawić, węszyć. Wstawał tylko wtedy kiedy ja i podążał za mną. Wydaje mi się jednak, że to przez zmęczenie i upał, a nie przygaszenie tamtym psem ;)
-
[quote name='Maron86'] lisiasta ty się naprawdę nie przejmuj tymi ludźmi, to że ludzie przymykają oczy na wyskoki psów 'bo młode' to ich problem. To że ci ludzie spędzają tam całe dnie, to też nie twój problem - niech psu kubeł na mordę założą (mój 'agresor' chodzi w 90% w kuble, pomimo że sytuacji jest może 0.5% - ale ostrych), a jak nie pasuje kubeł to niech ze smyczy nie spuszczają w miejscach publicznych. Naprawdę nie pozwól się zaszczuć tylko dlatego że masz łagodnego psa, wręcz przeciwnie walcz o to by na wybiegu było bezpiecznie. Z psem wybierz się na jakieś szkolenie gdzie ciebie nauczą odpowiedniego reagowania na sytuacje. I tak zrobiłaś błąd próbując psy pogodzić w sytuacji gdzie jeden z nich jest agresywny. W takich sytuacjach lepiej unikać kontaktu mając psią ciapę (sama mam sukę ciapę i pozwalam jej unikać kontaktów z agresorami, po co ma ją jakiś pies pogryźć). To ci właściciele powinni byli najpierw uspokoić swojego psa, doprowadzić do porządki i 'ustawić do pionu', a dopiero później powoli, rozsądnie zbliżać się do twojego psa w odpowiednim momencie wycofując się - nie narażając twojego psa. JEDNAK w takiej sytuacji jak ty miałaś, to w ogóle powinno się zapomnieć o tym żeby 'psy się lubiły' tylko należy pojechać do lekarza z własną raną oraz zabrać psa do weta - czasem rany wyglądają pozornie, a mogą być faktycznie do szycia.[/QUOTE] Ha, dziewczyna jeszcze w dniu tej akcji po całym zdarzeniu zapytała mnie czy mam kaganiec i żebym założyła go psu. Powiedziałam, że mam, ale w domu bo służy nam tylko do przejazdów komunikacją publiczną bo takie są przepisy, w innych wypadkach nie używam go w ogóle bo nie ma takiej potrzeby i nie mam zamiaru mu niczego zakładać. Geniuszem jest to, że nie wpadła na pomysł założenia czegokolwiek swojemu psu...:angryy: Dobrze wiedzieć, że jednak niekoniecznie trzeba godzić psy, dotychczas myślałam, że taka jest zasada ;)
-
[quote name='marmara_19'] konsekwencje? miala isc z psem na obserwacje bo ja tez zostalam dziabnieta i drasnieta. miala psa wykastrowac(w Gliwicach zrobila by to za darmo- ja Ronnie cielam w marcu korzystajac ze skierowania ze schroniska- bo zarobki i takie tam.. miasto wspiera kastracje:) ), miala isc z psem na szkolenie- nawet ja zawiozlam do dobrej szkoleniowiec. Klamstwa, placz, robienie z siebie ofiary, mowienie, ze Hektorek jest super iper a w innej chwili mowienie, ze sie boi z nim gdzies isc.. albo chwalenie jak to jej brat go szczuje na koty i bla bla bla. Na komisariat trafilam pol roku po zdarzeniu. Klamstwa... Wiec policjant nie skierowal sprawy do sadu chociaz laska sie strasznie motala w tym co gada. Zaplacila jedynie z apobt Alfy w szpitaliku- marne pieniazki.. Za leki na swoja reke itp placilam sama.. Stara jestem i glupia.. i pomagam innym chociaz sama mam bardzo malo.. No a w tym przypadku.. stracilam cos bardzo cennego![/QUOTE] Najgorsze jest to właśnie, że człowiek chce polubownie załatwić sprawę, tłumaczy, prosi, mówi, mimo, że jest poszkodowany, a w zamian dostaje właśnie to, o czym piszemy. Zwykłe chamstwo i niesprawiedliwość. Przykro mi, że straciłaś psa...:-(
-
[quote name='Brezyl'] Fajnie i bardzo szczegółowo opisałaś cała sytuację, ale wynika z niej, że masz małą wiedzę dotyczącą psów. Jeśli zdarzyłoby się to na profesjonalnym szkoleniu, pod okiem fachowca, to takie rzeczy można robić. Ale samemu, bez umiejętności odczytania zachowania się psa – zbyt zaryzykowałaś. Zamiast uspokoić sytuację i rozładować konflikt, mogłaś spowodować jego zaostrzenie w przyszłości. Zamiast na wybieg, poszukaj ludzi z Krakowa czy Przemyśla na wspólne psie spacery. Zainwestuj w szkolenie, pies powinien koncentrować się na właścicielu, tego na wybiegu psa nie nauczysz. Ja osobiście wybiegi omijam, mimo że te w naszym mieście, są chyba najładniejsze w Polsce i jest ich stosunkowo dużo. Tyle tylko, ze mam psa dość ostrego i o ile na placu szkoleniowym, nie ma z tym problemów, bo ludzie są obyci, a ich psy odwoływalne, to wejście na wybieg, gdzie jakiś pies sadzi się do mojego, a własciciel uważa, że piesek chce się pobawić, a tymczasem piesek idzie do czołowego ataku na mojego fajne nie jest.[/QUOTE] Oczywiście, nie uważam się za żadnego eksperta w dziedzinie psów. Właściciel amstaffa poprosił mnie o to żebyśmy je pogodzili- chcieliśmy żeby do siebie podeszły i się powąchały, jednak nic z tego, początkowo Janek uciekał za mnie albo udawał, że nie widzi tego psa. Później jednak podchodził bliżej, ale tamten wcale nie miał ochoty na zgodę. Myślałam, że tak trzeba bo behawiorysta powiedział mi, że kiedy dojdzie do konfliktu pomiędzy psami, nie wolno sie rozchodzić w dwie strony bo ta agresja to będzie ostatnie co zapamiętają i pierwsze co sobie przypomną przy kolejnym spotkaniu. Czyli jednak jestem w błędzie i nie należy tego robić? Czy w takiej sytuacji powinnam po prostu wyjść z wybiegu? Koncentrowanie psa na mojej osobie ćwiczymy podczas spacerów "dalekobieżnych", na smyczy. Nie odważyłabym się go odpiąć nawet na krakowskich Błoniach, a mnóstwo ludzi to robi. Mój pies nie jest jednak jeszcze na tyle posłuszny bym mogła mu na to pozwolić :oops: Dzięki wybiegom może się pobawić z innymi psami będąc "na luzie".
-
[quote name='klaki91']Zgłaszaj koniecznie i to jak najszybciej! Dostaną najprawdopodobniej mandat, najlepiej jeszcze zaznacz, że pies to amstaff i koniecznie zwróć uwagę na to, że mógłby równie dobrze zaatakować dziecko, które przyszło z psem i rodzicami na wybieg gdyby niechcący stanęło mu na drodze itd. I że dzisiaj Twój pies, a jutro ofiarą może paść człowiek. Zgłoszenie będzie stanowiło kolejny dowód w sprawie, gdybyś zdecydowała się z tym iść do sądu. Zbieraj wszystkie paragony, zaświadczenia, kwitki od lekarzy i weterynarza. Pamiętaj o tym, żeby wysłać wezwanie na druku ZPO! Co do samej sprawy sądowej (gdybyś jednak chciała im narobić problemu) to przysługuje Ci odszkodowanie i zadośćuczynienie. W uproszczeniu na kwotę odszkodowania składają się właśnie wszystkie koszty związane z opieką lekarską, zniszczonymi wskutek ataku przedmiotami (np. porwana koszulka), utrata zarobków (gdybyś musiała na kilka dni wziąć wolne w pracy) itd., a zadośćuczynienie przysługuje za naruszenie dóbr osobistych- na przykład zdrowia.[/QUOTE] Dziękuję za informację Tobie i wszystkim, którzy odpisali. :Rose::Rose: To bardzo miłe, że ktoś stara się pomóc! :Rose::Rose:
-
[quote name='marmara_19']jesli ona tylko byla z psem w tej przykrej sytuacji to ja beda ciagac po sadach a nie jego pomimo tego, ze on widnieje w papierach jako wlasciciel psa. [/QUOTE] Byli wtedy razem, ale od samego zdarzenia chłopaka już nie widziałam, przychodziła sama.
-
[quote name='klaki91']Popieram ;) tylko wyślij poleconym na druczku ZPO i dorzuć w wezwaniu, że jeśli w terminie X dni od dnia doręczenia jej wezwania nie zwróci kosztów wystąpisz na drogę sądową celem uzyskania odszkodowania i zadośćuczynienia. Jak chcesz to pisz PW- podeślę Ci wzór.[/QUOTE] Ok, czyli rozumiem, że mimo wszystko powiedzieć o zwrocie kosztów i o tym piśmie, dodatkowo zgłaszać to na policję czy jeśli zwrócą mi koszty to już nie? Pani profesor: "pójdź do apteki i zapytaj, czy nie wydadzą Ci paragonu [I]wstecz[/I]" - zapytam o to jutro! dziękuję!
-
dziękuję wszystkim za rady i podniesienie mnie na duchu :) Faktycznie jest tak, że właścicielami jest chłopak i dziewczyna, na zaświadczeniu od weta jako właściciel widnieje on. Chłopak zdecydowane lepiej ogarnia te psy, ale też nie do końca ma kontrolę. Ona, kiedy przychodzi sama i pies jej nie słucha biega za nim po wybiegu krzycząc, że ma jej słuchać, czasami go uderzy i sadza, krzycząc przy tym "siedzisz!". Pies na nią warczy i szczeka, ale w końcu daje się złapać. Ciężka to sprawa bo mam tylko jeden wybieg w pobliżu domu, a oni spędzają tam nieraz całe dnie i wszyscy ludzie dobrze ich znają, na zachowanie tych szczeniaków przymykają oczy właśnie dlatego, że są szczeniakami. To takie wybiegowe pupilki. Wolałabym nie robić wielkiej wojny, ale macie rację- to nie ja ją zaczęłam... Ze zwrotem kosztów mam trochę problem bo wysłałam współlokatora do apteki i nie wziął paragonu, mam tylko opakowani leku z naklejoną ceną i adresem apteki... Nie jestem też pewna czy jest sens targać mojego Janka do weta bo teraz to tylko kilka strupów... Nie sądzicie, że lepiej poczekać na to jak będą się zachowywać przy przekazywaniu kolejnych zaświadczeń i jeśli dalej ta dziewczyna będzie się rzucać to wtedy podjąć decyzję o zgłoszeniu sprawy na policję, czy zgłosić mimo wszystko? Kurde, właściwie nie wiem jak to się robi, nigdy nic nie zglaszałam, nie mam pojęcia jak wyglądają procedury..
-
[quote name='Maron86'] Zgłoś sprawę na policję, ci ludzie to świnie i należy im się to, może następnym razem się zastanowią co robią i mówią. tyle.[/QUOTE] Szczerze mówiąc to nawet mi to przez myśl nie przeszło bo trochę się już znamy... Tym bardziej myślałam, że skoro się znamy to załatwimy to jakoś normalnie. Mam teraz sesję, mało czasu, dużo stresu i nie wiem czy dałabym radę to ogarnąć. Faktycznie nie podoba mi się zachowanie tych ludzi. Na wybiegu było wtedy też 10 letnie dziecko i zastanawiam się co by się stało, gdyby to ono chciało zapiąć na smycz psa. Oni są bardzo młodzi, bardzo pyskaci i właściwie to przydałoby się żeby ktoś sprowadził ich trochę na ziemię, ale nie wiem czy rzeczywiście to mam być ja.
-
Cześć! Czytam Was od kiedy zdecydowałam się na to, że wezmę psa (Janek jest ze mną od 22.02.2014), to forum nauczyło mnie bardzo wielu rzeczy i dostarczyło mi ogromnej wiedzy, ale dotychczas tylko czytałam. Teraz jednak postanowiłam, że muszę się zarejestrować i opisać sytuację, która mi się przydarzyła bo od 3 dni jestem cała w nerwach i nie wiem czy faktycznie to ja coś zrobiłam źle, czy jednak to po prostu zwykłe chamstwo. Mam nadzieję, że jak to opiszę to trochę mi ulży... Mam nadzieję, że za bardzo nie off-top'uję... Zacznę może od mojego psa- to ok. 1-1,5 roczny kundelek, czarny, duży pies, trochę w typie laba, ale na dłuższych nogach i szczuplejszy. Wzięłam go ze schroniska, jako, że nie jestem doświadczonym właścicielem (wcześniej w domu rodzinnym mieliśmy jamnika, żył 18 lat, ja mam teraz 24 więc prawie całe życie, ale to nie był MÓJ pies, bardziej domowy) chciałam żeby mój psiak był przyjazny i stosunkowo łatwy w ułożeniu, dlatego też wybrałam psa, który przejawia te cechy i w schronisku spędził tylko okres kwarantanny. Jego historia jest nieznana. Początkowo mieliśmy kilka problemów ze strachliwością i "szczenięcą zabawą w gryzienie", ale fobie przepracowałam sama, podgryzanie wyeliminowaliśmy przy pomocy behawiorysty (ten określił mojego psa jako uległego, nieprzejawiającego najmniejszej agresji- powiedział, że jeśli mój pies kiedykolwiek kogokolwiek (człowieka lub dowolne zwierzę) ugryzie to będzie to tylko moja wina). Jeśli moje powyższe słowa nie powinny się znaleźć w tym poście, w tym temacie to bardzo proszę o pouczenie lub poradę gdzie to przenieść bo jestem laikiem w tych sprawach :) A teraz przykra sytuacja: 3 dni temu poszłam na wybieg, na który chodzę kilka razy w tygodniu, każde takie wyjście to 2-4h. Znam ludzi i psy, które tam przychodzą, psy maja taką swoją sforę ;) Na wybieg przyszła pani z psem, którego nie znałam, wszystko było w porządku, lecz ponieważ był wykastrowany i nowy większość sfory za nim biegała,bawiły się, mój Janek też. W momencie, kiedy pani chciała wyjść już z psem, a mój nie miał ochoty mnie akurat słuchać i zwracał zbytnio uwagi na moje wołanie (mój pies stał może 5m ode mnie...musimy nad tym popracować...) postanowiłam, że podejdę do niego i zapnę go na smycz by ta pani mogła spokojnie wyjść. Podeszłam do niego od strony zadu, złapałam do za zad, on szybko odwrócił głowę w moją stronę i.... w tym momencie rzucił się na niego znajomy, nawet nie roczny, amstaff. Niestety po drodze do szyi mojego psa trafił na mój palec i mnie ugryzł, mojego psa również, ale na szczęście Janek w takich sytuacjach stara się odbiegać od agresora. Dodam, że amstaff, choć młody, od kiedy go znam, przejawia od zachowania agresywne, tzn. momentalnie sie nakręca i jeżeli np. jakiś pies podczas zabawy szczeknie lub "warknie" rzuca się i trzeba go odciągać. Właściciel zapiął psa na smycz, odszedł na bok, dziewczyna(też właścicielka) przyszła do mnie bo krzyknęłam, że mnie ugryzł, popatrzyła i nie wierzyła, wszyscy obecni byli przerażeni i chcieli mi pomóc. Krwawienie było znaczne, choć rana nieduża. Jedna z pań powiedziała, że powinnam iść do lekarza na jakiś zastrzyk i żeby to zobaczyli, mnie nigdy nie ugryzł żaden pies i nie wiedziałam jak mam postąpić. Przez następne dwie godziny ja i właściciel amstafa staraliśmy podejść do siebie z psami żeby się pogodzili, jednak amstaff (na szczęście na smyczy) co chwila rzucał się na Janka, przez cały ten czas mój palec krwawił. W końcu zrezygnowaliśmy, bo mój pies przy próbach ataku uciekał, ale po chyba 5 czy 6 zaczął powarkiwać. Podobno też podrapał amstaffa, spojrzałam na tą psią "ranę"- może 1,5cm długości zadrapanie naskórka pazurem. Janka szyja jest w o wiele gorszym stanie, jednak nie robiłam o to żadnych problemów, mi natomiast dziewczyna zwróciła uwagę, że mój pies zrobił dziurę w łapie jej psu. Zdenerwowała mnie tym, ale nie chciałam się wdawać w kłótnie bo sam właściciel uciął, że to żadna dziura tylko zadrapanie albo że to z mojego palca krew mu skapnęła. W końcu poszli, na odchodne dziewczyna powiedziała mi żebym dała znać co z palcem (mamy swoje nr tel.) Wróciłam więc do domu i zadzwoniłam do rodziców, opowiedziałam im całe zdarzenie i zapytałam czy powinnam faktycznie iść do lekarza bo palec od 3 godzin krwawił. Powiedzieli, że powinnam. Była już 21 więc zadzwoniłam do szpitala obok domu, powiedziałam, że ugryzł mnie pies i że to mała rana i zapytałam czy powinnam przyjść, pani powiedziała, że obowiązkowo na SOR na zastrzyk przeciwtężcowy. Poszłam, odsiedziałam swoje, dostałam zastrzyk i założyli mi dwa szwy + skierowanie do poradni chorób zakaźnych. Wróciłam do domu i napisałam wiadomość do właścicielki, że byłam na SOR i mam szwy i poprosiłam żeby następnego dnia o 12 przyszła na wybieg z zaświadczeniem o szczepieniach bo będę tego potrzebowała do poradni chorób zakaźnych. Dodałam też, że zalecono mi kupienie octeniseptu do przemywania rany (który kupiłam), że kosztował 22.95 i że chciałabym aby zwrocili mi koszt tego płynu. Odpisała, że o 12 nie ma czasu.. Później okazało się, że poradnia jest do 15, a ja od 12.45 do 14.30 miałam zajęcia w szkole, obok której jest ta poradnia. Zadzwoniłam wcześniej do poradni i zapytałam czy to koniecznie musi być dzisiaj bo do 15 nie uda mi się zdobyć zaświadczeń, kobieta powiedziała, że koniecznie trzeba przyjść tego samego dnia i trudno, najwyżej bez zaświadczeń. Poszłam więc, wcześniej informując o tym właścicielkę amstaffa, napisałam też, że jak już będę coś wiedziała to się odezwę i żeby przyszła się ze mną spotkać na wybieg. W poradni oczywiście powiedzieli, że albo przyniosę zaświadczenia odbytej obserwacji psa pod kątem wścieklizny (okazuje się, że zaświadczenia o szczepieniu psa i tak nic by nie dały), albo będę musiała przyjmować szczepionki. Dostałam od lekarza skierowanie na tą obserwację dla właścicieli (obserwacja jest bezpłatna) i skontaktowałam się z właścicielką w sprawie spotkania. Gdy się z nią zobaczyłam i pokazałam jej kartę informacyjną od lekarza żeby przeczytała, że faktycznie palec był szyty i jakie są zalecenia (palec miałam w opatrunku), dałam jej skierowanie na obserwację i poinformowałam, że trzeba iść 4 razy do weta i pokazać psa, bo jeśli tego nie zrobią to ja będę musiała przyjąć serię zastrzyków- od razu skoczyła do mnie, że jestem "po&^%na" że w ogóle poszłam do lekarza i że tak naprawdę to nie jej pies mnie ugryzł tylko mój i to on powinien iść na obserwację, a w ogóle to nie ugryzł, tylko zadrapał, albo podrapałam się o sprzączkę od obroży i robię wielką aferę bo ona by z tym nie poszła nigdzie. Powiedziała bardzo dużo nieprzyjemnych słów, bardzo nieprzyjemnym tonem, cóż, po prostu się na mnie wydzierała. Później dodała też, że równie dobrze ona może iść ze swoim psem do weterynarza żeby dał coś przeciwzapalnego bo jak twierdziła - mój pies ugryzł jej psa - i że będę za to zwracała pieniądze. Odparłam, że jeśli tego chce to nie ma problemu, ale ja wtedy zrobię to samo- Janek został ugryziony w szyję i w okolicach oka. Ogólnie było bardzo nerwowo, postanowiłam, że nie będę ciągnąć dalej tej dyskusji, powiedziałam, że bardzo proszę o to żeby poszli na obserwację i dostarczyli mi zaświadczenia bo chcę uniknąć szczepień, powiedziała "no nie wiem", ja ponowiłam prośbę i postanowiłam się oddalić. O pieniądzach za płyn do dezynfekcji ani słowa. Kilka godzin później poszłam na ten wybieg z moim psem bo ciężko mi się go prowadziło na smyczy z tym wielkim opatrunkiem na palcu, a wiadomo, pies potrzebuje ruchu. Na wybiegu rozmawiałam z jakimś starszym panem i wtedy przyszła właścicielka z amstaffem na smyczy, otwierając na całą szerokość furtkę, czekając ok.30 sekund (chyba myślała, że mój pies wybiegnie bo stała poza wybiegiem i w zasadzie, gdyby Janek nie rozumiał komendy 'zostań' to pewnie by wybiegł), podeszła do mnie, rzuciła we mnie jakąś kartką i rzekła "masz to i sobie to w d**pe wsadź", odwróciła się i wyszła z wybiegu. Bardzo się zdenerwowałam, z tych nerwów nawet się popłakałam tam, ale szybko sprawdziłam co jest na kartce i na szczęście to 1 z 4 zaświadczeń o obserwacji. Była już poza wybiegiem i krzyknęłam do niej, że potrzebuję jeszcze 3 takie zaświadczenia- odkrzyknęła "jak coś chcesz to dzwoń" i poszła. Dziś też byłam na wybiegu i pojawiła się tam psami (mają dwa młode amstaffy), nawet do mnie nie podeszła. Na szczęście nie spuściła ze smyczy tego, który mnie dziabnął. Dodam, że dziewczyna jest ode mnie młodsza o 3 lata. Ja nie wiem, czy faktycznie ja coś zrobiłam źle? I w zasadzie to nie wiem czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie... nie obrażałam jej, nie robiłam problemów, nawet bezpośrednio po ugryzieniu nie prosiłam o zaświadczenie o szczepieniu bo znam tego psa... Fakt, że muszą chodzić na te obserwacje, ale czy to tak wiele? I czy może jednak nie powinnam iść do tego lekarza? Sama już nie wiem, raz wydaje mi się, ze nie zrobiłam nic złego, a za zastanawiam się czy przypadkiem dla świętego spokoju nie powinnam ze iść z Jankiem na tą obserwację... Ogólnie chce mi się ryczeć. Rozmawiałam na wybiegu z psiarzami, którzy byli świadkami tego ugryzienia i mówią, że widzieli, że to ten amstaff praktycznie uwiesił mi się na palcu. Ja wiem, że to nie jest jakaś duża rana, no ale jednak mam poczucie, że gdyby to mój pies kogoś ugryzł to przejęłabym się tym i starła się pomóc na wszelkie sposoby... Najgorsze jest to, że muszę jeszcze zdobyć trzy zaświadczenia i obawiam się, że znowu najem się nerwów... Przepraszam za tak długi post, ale proszę doradźcie mi coś...