W styczniu przygarnęłam sześcioletniego wyżła. Pies po przejściach (jestem jego trzecim właścicielem), regularnie bity przez poprzednich właścicieli (m.in. za okazanie radości przy przywitaniu). Do tego problemy typu ciągnięcie na smyczy czy podnoszenie alarmu na jakiekolwiek dźwięki dobiegające z klatki schodowej czy szczekanie/wycie w momencie pozostawania psa samego w domu. Trochę ćwiczeń i pies nie ciągnie już, nie reaguje na dźwieki dochodzące spoza mieszkania, wyciszył się i uspokoił. Pozostał problem zostawania w domu. Na początku zrozumiałe było dla mnie, że pies wyje bo w końcu trzeci właściciel, nie zna miejsca więc też nie czuł się pewnie i bezpiecznie. Tutaj również wdrożyłam ćwiczenie zostawania w domu i efekty są. Tzn. wychodzę z domu - pies jest cicho, oddalam się od bloku - nie słyszę go, czasem czekam po drugiej stronie ulicy czy może zacznie wyć - jest cicho, wracam z pracy - też z daleka nic nie słyszę. Pies nie niszczy nic w domu, nie załatwia się, ma swoje miejsce, nie chodzi za mną krok w krok także nie jest też powiedzmy "patologicznie" przywiązany. Podczas mojej nieobecności ma do dyspozycji tylko dwa spore pomieszczenia z całego mieszkania. W domu jest też drugi pies, dogadują się. Dzisiaj jednak zaczepił mnie sąsiad z bloku obok, że sąsiedzi już się interesują dlaczego pies tak wyje i podobno wyje cały dzień. Jednak ja jak wychodzę i wracam to z daleka nic nie słyszę. A wychodzę i wracam o różnych porach, czasem po godzinie, czasem po kilku. Przez ostatnie 3 tygodnie większość dnia w domu była też współlokatorka więc nie było opcji żeby pies wył cały dzień. I teraz nie wiem czy problem faktycznie istnieje bo nie jestem w stanie zweryfikować czy faktycznie pies wyje jak nas nie ma czy jednak jest to sporo przesadzone przez sąsiada. Jednak myślałam też o dodatkowym zajęciu czymś psa pod naszą nieobecność. Kongiem sie nie interesuje, wybiegany jest zawsze. Jakies pomysły?