To ja mam jeszcze inny numer włoszczyzny :lol:
Kilkanaście lat temu, jak jeszcze komp'ów dużo nie było jeden mój znajomy przepisywał sobie u mnie doktorat. Któregoś dnia musieliśmy gdzieś wybyć, więc zostawiliśmy go z tym pisaniem i psami. Jak wiadomo włoszczyzna skłonności do pilnowania nie ma, więc nie przewidywałam ekscesów, tym bardziej, że pisanie ciągnęło się już długo i widywały go niemal co dzień.
Po naszym wyjsciu okazało się, że psom obcy w domu nie pasuje, zaczęło się histeryczne szczekanie i zdenerwowanie włoszczyzny. Nawet je trochę potem usprawiedliwiałam, że ta histeria to dlatego, że je same z vetem zostawiłam. Mendoza, który cztery lata życia spędził w kenelu i zwykle nie wiedział, jak się zachować po paru godzinach nerwów uznał, że wskazane będzie zaznaczenie, że to jego terytorium. No i podniósł nogę i trafił... prosto w rozgałęźnik - korki wywaliło, pół dnia pisania na nic, bo Janusz oczywiście zapamiętywać w komp'ie zapomniał, psy w ciemnościach w kolejną fazę oszczekiwania intruza wpadły i na to właśnie wróciliśmy :roll: