Witam,
właśnie leży przy mnie książkowy przykład lęku separacyjnego. 1,5 miesiąca temu wzięłam Alaskę ze schroniska. Początkowo było ok gdyż tak zaplanowałam czas żeby na pierwsze dni psa w nowym domu mieć wolne w pracy. Potem zaczęłam wychodzić na 10-15min, potem coraz dłużej i dłużej. Jednak za każdym razem po powrocie zastaję kalużę i gdyby jeszcze była ona na podlodze. Niestety pies leje tylko na łóżka i najgorsze, że nie moje. W tym momencie wylatujemy z obecnej stancji, gdyż wczoraj Alaska w czasie mojej godzinnej nieobecności kolejny raz przesikała mojej wspołlokatorce materac na wylot. Poza tym gdy wychodzę pies wyje przez jakąś godzinę. Jeśli zapomnę zamknąć drzwi do kuchni wtedy mogę być pewna, że po powrocie zastanę całe mieszkanie zasłane rozszarpanymi śmieciami z kosza. Początkowo sikaniu i wyciu towarzyszyło też niszczenie wszystkiego co Alaska napotkała na swej drodze, ten problem (no oprócz nieszczęsnych śmieci) jednak rozwiązały gryzaki i kong. Przed moim wyjściem do pracy idziemy na godzinny spacer do parku z bieganiem, piłką, często z zabawą z innymi psami, poza tym ćwiczymy posłuszeństwo i sztuczki. Jednak Alaska jest nie do zdarcia, ostatnio zaczęłyśmy trenować podstawy obedience żeby rozładować jej nadmiar energii ale po 15 min spokojnego leżenia znów kipi energią. Ostatnio jest już trochę lepiej gdyż nie chodzi za mną po całym mieszkaniu krok w krok ale i tak jęczy pod drzwiami łazienki. Spędzamy ze sobą dużo czasu ze względu na specyfikę mojej pracy, zwykle wychodzę do biura na max. 4godziny i przynoszę projekty do domu. Mam wrażenie, że odniosłam sukcesy treningowe w głupstwach (siad, leżeć, do mnie, równaj, daj łapę, zostaw itp.) a poległam w skali globalnej. To nie mój pierwszy pies i wiem, że szczeniak musi się po prostu przyzwyczaić i może to zająć kilka miesięcy ale zaraz zostaniemy bezdomne i może jest ktoś mądrzejszy ode mnie kto znajdzie jakąś radę?
Aha nigdy nie karciłam jej gdy zdarzyło jej się nasikać w domu, nie krzyczę też gdy wracam do domu który wygląda jak śmietnisko, po prostu ją wtedy olewam. Zastanawiałam się nad klatką ale Alaska będąc jeszcze w schroniskowych czasach w kennelu w lecznicy zjadła sobie ogon w wyniku czego ma teraz taki szczurzy łysy kawałek. Więc to trochę traumatyczne przeżycie. Poza tym jest szczeniakiem olbrzymem więc trochę przeraża mnie rozmiar ewentualnej klatki.
Z góry dziekuję za wszelkie wskazówki.