W opisanym przypadku weterynarz zwlekała z uśpieniem 2 dni ze względów "niemedycznych" (Patsi - człowiek może decydować o sobie i np. znaleźć inną placówkę, zapłacić za leczenie prywatnie, a przede wszystkim dostaje środki przeciwbólowe). Nie uśpiła ze względów humanitarnych, bo podstawą decyzji była motywowana finansami wola właścicieli (czyli, jak rozumiem wet postąpiła niezgodnie z ustawą o ochronie zwierząt?). Oczywiście, że mam prawo się jej czepiać, tym bardziej, że to co pisze xxxx52 oznacza, że mogła leczyć. Nie wiadomo, jakie mieli dochody ci ludzie, ale z drugiej strony nikt o to nie pytał. Rozumiem, że wet nie może ponosić kosztów leczenia, ale może chyba wymusić zapłatę tak jak każdy prowadzący biznes, który wykonał usługę i zmierzył się z niechęcią zapłaty (co jest łatwe, jak zleceniodawca ma stałe dochody, na które można wsiąść)? Może też jest jakaś możliwość szybkiej ścieżki prawnej wiodącej uznania, że tym osobom należy odebrać psa i kosztami leczenia zajmie się miasto (w tym przypaku Warszawa) z późniejszą egzekucją wynagrodzenia weta od tychże byłych już właścicieli (tu prawo cywilne, bo niby czemu podatnicy mają za kogoś płacić?
I znów wspominając wpisy xxxx52 (szcunek!), jak ludziom siada samochód, to wydadzą kilka tysięcy na naprawę (pożyczą lub wyliżą konta do zera) i tylko będą kląć. Nie może być dopuszczalna sytuacja, gdy akceptuje się "jako dzisiejsze realia", również na tym forum (co napawa mnie przerażeniem) fakt, że nie robią tego wobec posiadanych zwierząt ("członków rodziny"). Weterynarze nie powinni się do tego dokładać akceptacją i wykonywaniem woli (znów piję do Patsi). Mój kolega właśnie przywiózł pieska-przybłędę, niedawno przygarniętego do kliniki SGGW. Wiózł go 2 godziny w jedną stronę i wynonał 2 kursy tam i z powrotem. Wcześniej zapłacił kupę pieniedzy za badania i leczenie w lokalnej przychodni w swoim mieście. Teraz zamartwia się, że nie zrobił jednak wszystkiego. A tamci sk... cieszą się zapewne, że mają problem z głowy.